BIOLIQ: serum rewitalizujące oraz krem nawilżająco-regenerujący do twarzy i pod oczy

19:07

Dawno nie było postu i nie będę owijać w bawełnę... nie miałam weny ;) Za to dzisiaj naszło mnie na recenzję kosmetyków Bioliq, czyli firmy oferującej dermokosmetyki dostępne w aptece. Nie muszę zaznaczać, że kosmetyki, które noszą taką nazwę są obdarzone większym zaufaniem niż te drogeryjne. Czy słusznie? 


W mojej kosmetyczce zabrakło jak na złość kremu pod oczy, do twarzy oraz serum, dlatego przy okazji zakupów w aptece Gemini zdecydowałam się na firmę Bioliq, aby ją prześwietlić. Kosmetyki nie były drogie, koszt serum to 15,96 zł, krem pod oczy ok. 10 zł to samo krem do twarzy. Jak dla mnie super, ale zastanawiała mnie jakość. Skład jak i design jest kuszący, ale jak z działaniem? O tym za chwilę.



Zacznę od serii nawilżająco-regenerującej do cery suchej, przeznaczonej dla osób 25+. Oczywiście krem "nie wie" ile macie lat, więc nie trzeba,aż tak sztywno trzymać się oznaczenia na opakowaniu. Jasne, jeżeli macie 16 lat, a używacie kremu 50+ to już jest przesada, ale małe różnice to nie przeszkoda, takie kremy raczej nie mają w składzie nic, co by mogło Wam zaszkodzić. 

Cerę jak pewnie już większość z Was wie, mam mieszaną, ale uwielbiam intensywnie nawilżać moją skórę, to zdecydowanie pomogło mi ją trzymać w ryzach jeżeli chodzi o sebum [TUTAJ filmik o pielęgnacji]. Zimą wybieram bardziej treściwe kremy ze względu na nieprzyjazne warunki, mróz i ogrzewanie nie są sprzymierzeńcem żadnego rodzaju cery, warto jej zapewnić nie tylko odpowiednie nawilżenie, ale i ochronę przed tymi czynnikami. Stąd mój wybór padł na kremy przeznaczone do cery suchej [TUTAJ i TUTAJ filmiki o pielęgnacji skóry zimą].


Krem do twarzy ma intensywnie nawilżyć i regenerować suchą skórę. Do tego ma ją chronić przed szkodliwymi czynnikami zewnętrznymi, tworząc na powierzchni skóry naturalny film ochronny wzmacniając tym samym jej barierę lipidową. Tytułowym składnikiem jest peruwiańska roślina Tara, która zawiera naturalne składniki ochronne i nawilżające galaktomannany. Szczerze? Pierwszy raz o nich słyszę, ale człowiek całe życie się uczy.
Krem o dziwo ma lekką konsystencję, która bez problemu wydobywa się z miękkiej tubki. Przyznam, lubię takie rozwiązanie, jeżeli chodzi o opakowanie, ale wracając do konsystencji, to jest ona zdecydowanie za mało treściwa, jak na krem do skóry suchej. Moja skóra mieszana natychmiast go pochłania jak nie nałożę dość grubej warstwy to czuję jak staje się ściągnięta, a co gdy ktoś ma suchą skórę? 
Krem mnie nie uczulił, choć ostatnio trochę go pod tym kątem sprawdzałam, jednak prawdopodobnie nie on był przyczyną problemów na mojej twarzy. Nie zapchał też moich porów, co sobie cenię, ale... może by się nadawał latem, ale zdecydowanie nie dla skóry suchej i nie zimą. Przez to, że muszę go tyle nałożyć, jest nie wydajny, już nie mówiąc o tym, że niczego dla mojej skóry nie zrobił, ani nie nawilżył, ani nie zregenerował. Kompletnie nic, a miał okazję się wykazać po ataku prawdopodobnie AZS na mojej twarzy, gdzie aktualnie moja skóra jest sucha i potrzebuje nawilżenia oraz regeneracji.


Krem pod oczy też się nie popisał, a według producenta ten krem zawierający ekstrakt z orchidei purpurowej, ma działać kojąco i łagodząco, a także zmniejszając cienie i opuchliznę pod oczami. Zazwyczaj z takimi problemami się nie zmagam, ale ostatnio moja skóra wokół oczu miała kryzys i dopadło mnie wszystko na raz, Skóra była sucha, zaczerwieniona i opuchnięta, co zrobił krem? Nic. Tylko na chwilę dał ulgę, ale to wszystko, po tej chwili okolice moich oczu wyglądały jak po niezłej imprezie. Może się nada dla młodych dziewczyn, które nie mają wymagającej skóry pod oczami i szukają czegoś delikatnego, by zacząć działać profilaktycznie. Natomiast ja zmierzam ku ćwierćwiecza i dla mnie działanie tego kremu jest praktycznie zerowe. Owszem, możecie napisać, czego się spodziewałam za 10 zł, ale w tej cenie mam o niebo lepsze kremy pod oczy firmy Rival de Loop [TUTAJ i TUTAJ recenzja] oraz FlosLek.


Ostatnim produktem jest serum. Jest to produkt, którym producent chwali się najbardziej, bo już od dawna w kółko przewija się ta sama reklama, która głosi, jakie to serum jest rewelacyjne i kosztuje poniżej 30 zł! Fiu fiu. Ma wygładzać zmarszczki, poprawiać jędrność i elastyczność skóry, dodać jej blasku i wyrównać koloryt. Zawiera ceniony składnik - odżywczy ekstrakt z kawioru. Powiedziałabym, na bogato, ale... na zdjęciach możecie zobaczyć spore zużycie, mimo, że ledwo co zaczęłam je stosować, gdy zabrałam się za zdjęcia. To serum jest koszmarnie nie wydajne, mam wrażenie, że nakładam na twarz zwykłą wodę! Nie tylko mam takie wrażenie jeżeli chodzi o konsystencję, ale i działanie tego "cudownego" specyfiku. Nie zauważyłam kompletnie żadnego efektu o którym mówi producent, a nawet minimalnego wygładzenia czy nawilżenia... nic. Serum jest w formie żelu, więc powinien być to lekki i wydajny kosmetyk, ale niestety nie w moim wypadku. Jedyne co mi się w tym serum podoba to szklana buteleczka z pipetą, po zużyciu z chęcią napełnię je czymś co bardziej przypominającym serum. 


Koniecznie dajcie znać, czy miałyście styczność z kosmetykami tej firmy i jak się u Was sprawdziły. Ja niestety jestem na nie dla tej firmy, bo u mnie nie zrobiły ani nic złego, ani nic dobrego. Dosłownie WIELKIE NIC, które jest sponsorem dzisiejszego postu. 


Zobacz także inne posty

11 KOMENTARZE